skanowanie0003

 Po 30-godzinnym dniu pracy w mojej głowie z początkowej zawartości ostaje się mało. Zostają w niej (w składzie chwiejnym procentowo):
1) algorytm postępowania przy udarach mózgu
2) wiedza o podstawowych międzyludzkich interakcjach – znajomość zwrotów „dzień dobry”, „do widzenia” i „czy mamy tu na Izbie stężony NaCl, Aguś?”
3) świadomość, że w domu mam cztery nowe gry i na pewno nie będę miała siły, żeby w nie zagrać.

 Moje dyżury w tzw. Wieczorynce cechuje niepokojący fakt, że może tam przyjść wszystko – i biorę za to słowo pełną odpowiedzialność. Wszystko. Czuję się wówczas trochę tak, jakbym była jednym z bóstw w groteskowym starożytnym panteonie, takim mniejszym bóstewkiem od, powiedzmy – opieki nad ośmiornicami i dziwnymi wydarzeniami. I gdy wszyscy inni wyjechali na wakacje, to małe bóstewko zostało na zastępstwo za cały panteon – i jest troszki zakłopotane, bo w sumie nie zna się na obfitych plonach, odpędzaniu zarazy, udanym handlu czy życiodajnych deszczach. Ale co zrobić, no trzeba to trzeba… Tak więc z konieczności orientuję się w problemach z przydatkami, w zapaleniach oczu i uszu, w zawałach, w dziwnych zaburzeniach rytmu, anafilaksjach i ostrych napadach histerii. Popełniam błędy, co jest w sumie nieuniknione, ale liczę na to, że w końcu reszta panteonu wróci, a ja będę mogła zająć się na powrót ośmiornicami, meduzami i odkształcaniem rzeczywistości tak, żeby pasowała do tego, co mam w głowie.

Od pewnego dyżurnego wyjazdu, cechującego się wybitnymi właściwościami wonnymi oraz widokowo-niepokojącymi, zaczęłam się zastanawiać, jako osoba mieszkająca sama z królikiem, ile czasu by zajęło światu ewentualne wyważenie drzwi i znalezienie mnie w odmiennym stanie skupienia. Osoby, do których się zwróciłam z tym zapytaniem, pomogły na swój sposób.
Ratownik K., z którym byłam na owym wyjeździe, rzekł: „Nie oszukuj się. Jeśli nawet cię nie będzie w pracy przez tydzień, to pomyślą, że pewnie wyszło coś nowego i grasz i dadzą ci spokój, twój królik cię zje do tego czasu”. Bez wątpienia K. plasuje się jako lider w kwestii podnoszenia na duchu. Natomiast koleżanka z oddziału, E. pocieszyła mnie w swoim stylu: „A weź nie żartuj. Jak cię nie będzie jeden dzień w pracy, to nie będzie miał kto pracować na oddziale. Już pierwszego dnia przyjdziemy do ciebie wszyscy z pretensjami.”. Także ten. To, że ogarniam wszystko na raz i dokładam wszelkich starań, by to wszystko działało, to tak naprawdę przysługa, którą wyświadczam swoim sąsiadom. I królikowi, bo patrząc na mój sposób odżywiania na codzień, na pewno jestem strasznie niezdrowa jako posiłek. Świat jest sam ze sobą powiązany w intrygujący sposób.

Obrazek jest wspomnieniem pewnego rozczarowania. Sam w sobie stanowił natomiast kolejny etap re-treningu cieniowania. Tutaj już są większe płaszczyzny, w tym sporo skóry ukształtowanej w specyficzny sposób, poza tym mackowe przejścia tonacji bardzo ciepłej w bardzo zimną. Wciąż mocno kuleje u mnie obsługa nowego skanera, który wypluwa kolory „nieco” inne niż oryginalne. Potem muszę długo grzebać w półcieniach, kontrastach, nasyceniach i współczynnikach gamma w moim programie graficznym, a i tak na ekranie moje serce wygląda jak dość świeża tkanka wątroby, co, przysięgam, nie występuje na papierze. Chyba. Następny będzie od dawna obiecany pewnej Istocie komiks (shikata-arimasen…), a następnie hop-siup do treningu twarzy. Myślę o studium twarzy ze zdjęcia, tam może być odpowiednio wymagająca różnorodność tonalna. Poważnie rozważam Ala Pacino i Seana Beana jako Boromira. Obaczym.