po kaczce, dood!

Siedzę sobie w swoim przytulnym, strasznie bezładnym domku i udaję, że jutro nie mam 24-godzinnego dyżuru w przychodni. W związku z tym staram się nie patrzeć w stronę rozdziawionej zachęcająco czerwonej torby dyżurowej, zdającej się zapraszać do swego wnętrza zwyczajową męską koszulę, w której zwykłam spać w szpitalu. Przeważnie owijam w nią kubek z mackami, z którego cały boży dzień (bądź tylko noc) dyżurowy sączę majestatycznie kawkę. Tak serio, to mnie się wydaje, że majestatycznie, choć w rzeczywistości na początku ja siorbię ją, potem jest coraz bardziej odwrotnie z biegiem dyżurowego czasu.
Ten tydzień był dość makabryczny pod wszystkimi względami. Jako że urlopowy czas rozkwitł już w pełni, zacnie udając czernobylską rosiczkę odgryzającą kończyny nieostrożnym podróżnym, nader często cały oddział oraz towarzyszący mu Pokój Parzący w Stopy (u nas zwany: Izba Przyjęć) znajdowały się pod li i jedynie pod moją miękką macką. Jakkolwiek ta macka ma przyssawki na swoim miejscu, jest należycie śliska i potencjalnie bardzo smaczna, to jednak nie zawsze to wystarczy. Jak dotąd, gdy coś złego się działo na Oddziale, rzucałam pracę na Izbie i biegłam na Oddział i vice versa. Natomiast nie do końca sobie wyobrażam, mimo iż wyobraźnię mam niezgorszą, jak to będzie wyglądać, gdy wszędzie będzie coś się działo. Chciałabym przypomnieć, że w gruncie rzeczy ośmiornice marnie pływają i bardzo mobilne są tylko w chwilach zagrożenia. Także jeśli mnie widzisz, biegnącą gdzieś w fartuchu, radzę Ci, przyjacielu – biegnij w kierunku przeciwnym. Chyba że lubisz nagłe zwroty akcji i sympatyczne wypadki a’la George R. R. Martin. To wtedy biegnijmy razem, czemu nie.

Z nowym medium graficznym się teraz borykam, a imię jego: promarkery (zauważyliście, że rymuje się to z „czterdzieści i cztery”?). Trudno nazwać je najświeższym krzykiem mody, jednak rozmazujące się pisaki, mogące robić, w zależności od rodzaju, za akwarele, akryle, a nawet udawać grafikę komputerową, to nie jest coś, co Leonardo miał pod ręką, gdy próbował uchwycić wdzięk łasiczki na tle damy. Start miałam marny, gdyż, bez względu na ilość obejrzanych tutoriali, uparcie mi cieniowanie nie chciało wyjść jak na załączonych obrazkach. W sumie mnie to dziwiło, bo dotychczas z lekkimi przejściami tonalnymi w żadnej technice problemu nie miałam, a tu taka siurpryza. Po wnikliwej obserwacji krok po kroku i przeanalizowaniu kilku filmów niemal klatka po klatce odkryłam, w czym rzecz. Otóż źle trzymałam pisaki i to się nie mogło udać. Mój niepełnospryt zaczyna ekspandować na dotychczas nieskażone umysłową biedotą regiony mojego funkcjonowania, jak na przykład szeroko rozumiana sztuka przez małe „s”. Jakby tak teraz wrócić do tego myślami, to mogłam się w sumie zorientować, że im wychodzą dużo grubsze linie niż mnie, tymi samymi pisakami…

Obrazek jest częścią komiksu. Komiks będzie zamieszczany w odcinkach w zakładce „Płetwal nadchodzi”. Natomiast nie ma sensu w publikowaniu go na głównej stronie, z kilku powodów. Po pierwsze, jest za długi na post, chyba nikt by nie czytał, co jest pod spodem, bo palce by się wszystkim zmęczyły od przewijania myszką. Po drugie i ważniejsze: rzecz jest dość hermetyczna. Jest to wynik może piętnastoletniej ewolucji pozornie skrajnie innego tematu, o którym powstała początkowo jedna powieść w trzech zeszytach (dziś boję się do tego nawet zerknąć – dwunasto-trzynastoletnia ja miałam dużo skłonności do patosu i nadmiernego ładunku emocjonalnego), dość dobry chyba spin-off, prawdopodobnie spoczywający gdzieś w rękach Beaty i sporo odcinków komiksu, dla którego napisałam specjalną witrynę z majtkami. Poza tym oczywiście mnóstwo obrazków, krótkich form i Święta Meduza wie, czego jeszcze. Początki tego sięgają jeszcze czasów, kiedy Beata i ja w szarej sukieneczce (kiedyś sukienki nosiłam, bo musiałam…) szłyśmy na Rury w Łopiany, albo na Grapę, gdzie w wiankach z mleczyków zasiadałyśmy na pochylonym nad skarpą drzewie, żeby snuć fantastyczne historie. To że ona jest dziś pielęgniarką, a ja lekarzem, nieszczególnie nam przeszkadza w kontynuacji niektórych tradycji. Większość rzeczy w naszych opowieściach została z czasem zmieniona, zastąpiona czymś aktualniejszym, jednak pewne zasady pozostały niewzruszone jak cellullit słonia. Na froncie zatem zamiast pełnego odcinka będzie się znajdować najciekawszy kadr, z tekstami podmienionymi z oryginalnych na Wielkie Mądrości Macki Oświecenia.