malwowazka

Piszę baśnie od wielu lat, w głowie układając swój własny świat – Świat Meduz, stworzony przez szaloną przedwieczną boginię – Świętą Meduzę. Jej szaleństwo jednak sprawiało, że świat szybko wypaczał się w bezpośrednim kontakcie z niemożliwymi do ogarnięcia, zupełnie abstrakcyjnymi myślami stworzycielki. Tak też musiała ona odizolować się od własnego świata, zostawiając tam Dziewięciu Opiekunów i swojego śpiącego potomka jako strażników, sama ingerując jedynie w największej potrzebie. Mimo to początkowy kontakt z jej umysłem sprawił, że meduzie uniwersum rządzi się dość surrealistycznymi zasadami, a istoty je zamieszkujące nie są łatwe do zrozumienia, a ich akcje – do przewidzenia. Jako że ja sama jestem raczej dość abstrakcyjną osobą, bardzo mi ten stan rzeczy odpowiada i moje baśnie… no, nie nadają się dla dzieci. Chyba że dla takich, jakim ja niegdyś byłam.

 Do swych baśni rysuję obrazki. Ilustracje, znaczy się. Zazwyczaj po dwie – jedna postać i jedna scena rodzajowa. Wraz z odkryciem nowego medium, czyli promarkerów, postanowiłam, że obrazki będą tworzone właśnie w tej technice. A to oznacza, że muszę się cofnąć do naprawdę starych Rzeczy i je też zilustrować od nowa. W praktyce będzie to tak widać, że pierwsze opowieści, ilustrowane na końcu, będą miały najlepsze rysunki, bo wciąż jestem w trakcie przypominania sobie, jak się panuje nad przestrzenią, jak się buduje walor kolorystyczny, jak się rysuje w perspektywie… a poza tym wciąż ogarniam te kolorowe pisaki.

Tutaj widzimy Malwoważkę, bardzo poboczną postać z baśni najnowszej. Wymyśliłam tę nazwę, napisałam, co trzeba, narysowałam twarz ważki, narysowałam malwę i… jakoś za cholerę nie mogłam wymyślić, co zrobić, żeby z tego powstał jakiś przyzwoity zlepek, zawierał charakterystyczne elementy, ale nie przypominał ziemniaka. Wyszło jak wyszło. Na ch*j drążyć temat.

Praca nie jest zła, bądź co bądź, sama ją wybrałam. Mimo że poważnie grozi mi konieczność zmiany szpitala, to na razie nie narzekam – atmosfera jest miła, ludzie są przyjaźni i fajni, tworzymy całkiem niezłą ekipę diagnostyczno-terapeutyczną (szczególnie ostatnia akcja krwotoczno-neurochirurgiczna na Izbie Przyjęć mi pokazała, że ogarnięte pielęgniarki to skarb porównywalny z kolonią inteligentnych pingwinów odkrytą na Marsie przez ludzi rozpaczliwie szukających życia poza naszą planetą. Czyli super-cenny, czaicie). Na Oddział wróciło kilku kolegów z urlopów, czyli nie jestem już rozwianą ośmiornicą pełznącą desperacko tam i nazad, starając się przy tym utrzymać przy życiu pacjentów, personel i siebie. Teraz jestem pół na pół, ośmiornicą rozwianą i stacjonarną na Oddziale, w zależności od dnia tygodnia i stanu liczebnego personelu.

Jutro, oczywiście, dyżur 24h, a w niedzielę przeważnie pacjentów jest nieprzebrane mrowie, wlewają się drzwiami, oknami, wjazdem dla karetek i przysięgam, widziałam kiedyś pacjenta wpełzającego fugą między płytkami na podłodze. Słyszałam, że w poprzednią sobotę było kilkunastu pacjentów, to właściwie tyle, co nic. Mój rekord to 85 pacjentów, dwie wizyty domowe plus jedna misja koronerska, poza tym niezliczona ilość porad przez telefon. Z tym że mam niezły duet ratowniczy na ten dyżur, czyli J/K, zatem narzekać nie wypada, mogło być zdecydowanie gorzej. Zapakuję swój kubek z mackami do torby, owinę go w obszerną męską koszulę, w której zazwyczaj śpię, obok ułożę swoją świeżo przywiezioną z Włoch neapolitańską kawę Kimbo (ktoś tak zakochany w kawie jak ja, nie mógłby NIE spróbować) i zadokuję w bocznej kieszonce swoje Playstation Vita, czyli konsolę kieszonkową od Sony – mam nową grę do zrecenzowania i dobrze byłoby chociaż ją zacząć. Dyżury medyczne dość opornie dają się odkształcać tak, by pasowały do mojej nieco zdeformowanej wizji świata, ale, hej, pracuję nad tym ^_^.

Ej, paczcie, jaka fajna muzyka, śpiewam ją sobie radośnie, te słowa bardzo mi pasują.