zaba

Dziś kolejna odsłona zamówionego komiksu. Niechaj cieszy się, kto cieszyć się ma. Elementy z „50 twarzy Szarego Człowieka” zawsze na propsie.

Czy kogokolwiek oprócz mnie denerwuje tak samo wieczne, przewijające się gadanie, że kiedyś to wychowywaliśmy się sami, bez elektroniki, że graliśmy w piłkę i nasze dzieciństwo było dzięki temu zajebiste? Czy tylko ja uważam, że nasze dzieciństwo zależy w większości od tego, jaki dom stworzą nam rodzice i jak ułożą nam się kontakty z rówieśnikami? Jeśli rodzina nie ma dla nas czasu, to czy będziemy całe popołudnia spędzać na podwórku, kołysząc się na trzepaku, czy też wodząc palcem po tablecie – jest to tak samo beznadziejne i smutne. Wszystko się zmienia i to wcale niekoniecznie na lepsze, ale słuchając, jak niektóre hardkory wychwalają pod niebiosa czasy głębokiego PRL-u, szare i smutne jak nie powiem co, to mi się w kieszeni cyber-nóż otwiera.

Nie wyrabiam się. Jak to jest, że się z niczym nie wyrabiam. Z recenzją ostatniego Atelier zdążyłam na czwarty miłosierny deadline, a zniecierpliwiony Q prawie mi urwał wszystkie macki… macka po macce. Muszę pisać naprawdę wspaniale, jeśli mi na to pozwala. Z rysowaniem komiksu poszło mi jeszcze gorzej, bo w sumie te kilka paneli zajęło mi kilka dobrych miesięcy. Boję się pomyśleć, kiedy wykonam następny odcinek. Nie wiem, czy będę tak długo żyć. Zamówione i obiecane dwie grafiki są albo wciąż w sferze zamysłu i ośmiorniczej fantazji, albo raczkują gdzieś w szkicowniku, gaworząc radośnie ale w sumie niezrozumiale.

Przede mną aż trzy styczniowe dyżury i dosłownie przed nimi drżę. Ilość pacjentów, przelewających się na kształt góry Fuji, formujących fantazyjne, gigantyczne kształty w powietrzu… otaczający się bańką balotującą bezwładnie jak martwy pasikonik… nie, serio, tłumy są. Czasem zwracam się półmacką w stronę pomysłu J z miotaczem ognia. Półmacką… półsercem. Ale też jako młodziusi krakenik dyżuruję sama na oddziale. Pomysł, że jestem jedynym funkcjonującym neurologiem w powiecie jest… niepokojący. Jednak lubię szpital nocą. Gdy sobie pełznę na oddział, w tym półmroku i ciszy, obu zakłócanych jarzeniówkami dającymi światło i rozgniewane brzęczenie w równych proporcjach… to świat jest dobry.