flaming_i_toperz

   Rzeczy się dzieją, wszystko się zmienia, takoż zaczynam tu pisać. Pewna Era przeminęła bezpowrotnie – a Era Płetwala nie chce nadejść uparcie, co sprawia, że wisimy w tak zwanym międzyczasie i międzymiejscu. Czas nie zatrzymał się, ale płynie dziwnie, zupełnie tak, jakbym sama była odpowiedzialna za jego przepływ i starała się, żeby wszystko wyglądało normalnie i nikt się nie domyślił.

   Dawno nie miałam w ręku kredek, pędzla, piórka, cienkopisu, copic-markera, albo innych rzeczy, którymi się zwykle nie tworzy grafiki, ale można, jakby się uprzeć. Mam tu na myśli głównie długie balony, które można tarzać w farbie i sprawić, by pokój wyglądał tak, jakby w nim wybuchł kolorowy mózg. A potem tworzyć obrazki, które nasuwają natrętną myśl, że ten mózg, co tu wybuchł… to był chyba mój. W każdym razie musiałam zrobić całkiem sporo luźnych szkiców, rąk wyłaniających się z ziemi, bram do piekła, płetwali, żab, pająków i innych temu podobnych rozkosznych żyjątek, by przypomnieć sobie, jak się rysuje. Problemem osobnym jest fakt, że wszystkie materiały, które zepsuć się mogły, zrobiły to. Akryle się rozwarstwiły, moje śliczne akwarele, na które odkładałam bodaj 3 miesiące ze studenckich oszczędności, wyschły na pieprz i nie działają, pędzle naturalne się zbuntowały i wyglądają jak szczotki… z wszystkich Rzeczy do malowania zostały mi kredki akwarelowe i jeden mały pędzel syntetyczny. A takem psioczyła na niego, pędzle z kucyków wychwalając pod niebiosa. Nie będę już. Kupiłam paczkę z niezbędnymi zapasami przez internety i jej cena przybiła mój portfel dużymi gwoździami do ziemi, żebym go przypadkiem nie była w stanie otworzyć przed końcem miesiąca.

   Na Oddziale jak na Oddziale, dużo pracy, mało ludzi i telefon, który dzwoni z Izby Przyjęć zawsze wtedy, gdy próbuję coś zjeść, czyli w sumie często, bo prób podejmuję wiele, tylko że nieudanych. Na Izbie są urocze Panie Pielęgniarki, wszystkie co do jednej, ale mało który szpital się może pochwalić tym, że ma Daenerys Targaryen na swoim pokładzie. A mój ma, choć to dla mnie dość żenująca historia. Egzystuje tam nawet jeden ratownik J., z którym o grach komputerowych pogwarzyć idzie, a wielki to zwolennik PC Master Race.

   Na rysunku: Flaming, czyli dość zmutowana wersja naszych czerwonaków, którego rasy powstanie tłumaczy moje stare opowiadanie gdzieś w otchłaniach półek i półeczek – kocha on ostudzoną herbatkę i lekturę czasopism kulinarnych. Nie mówi, a gulgocze, jest słodki, honorowy, ale bardzo głupi. Ja natomiast lubię ośmiornice i nie jestem tak szczupła, jak się zwykłam przedstawiać. W pewnej różowej sukience nawet wyglądam jak spora beza…